Forum zostało zaktualizowane do najnowszej wersji , jestem w trakcie sprawdzania uprawnień gdyż niektórzy użytkownicy nie mogą pisać postów , wszelkie błędy proszę raportować na rafisagatm@gmail.com
Z Poważaniem Rafał Lenarczyk

A – jak Österreich

Z innych maratonów szosowych.
K.Miniewicz
Posty: 12
Rejestracja: 29 grudnia 2014, 17:53 - pn

A – jak Österreich

Postautor: K.Miniewicz » 25 kwietnia 2017, 22:24 - wt

A – jak Österreich

Był przedostatni wieczór 2016 roku gdy zadzwonił telefon. Ze względu na dosyć późną porę rozmowa była krótka:
- Czy możesz pojechać do Austrii?
Pytający raczej nie oczekiwał odmownej odpowiedzi więc tylko zadałem pytanie:
- Za ile i na ile?
- Jak najszybciej, na 2 – 3 miesiące projektowania w PDMS dla jednej z austriackich fabryk papieru.
- Dobrze, pojadę.
Szybkie załatwianie najpilniejszych spraw służbowych i prywatnych zajęło kilka dni. Skoro mam mieć mieszkanie do dyspozycji uzgadniamy w domu, że zamiast moich przyjazdów do kraju będą rodzinne odwiedziny u mnie. No, to w drogę.
Do Linzu dojeżdżamy 11 stycznia godzinę wcześniej niż zima – cała podróż po suchym asfalcie, a gdy wychodzimy do samochodu po resztę bagaży jest już zupełnie biało.
Taką prawdziwą zimę miałem tu przez następnych kilka tygodni.
Rower został w Łodzi więc mogłem robić tylko piesze wycieczki po górkach w najbliższych okolicach Linzu. Są tu dziesiątki oznakowanych tras pieszych i spotyka się na nich sporo ludzi, również w mocno starczym wieku. Zaliczyłem kilka dróg turystycznych, m.in. szlak na Giselavarte (957 m n.p.m) – ok. 25 km spacerku z przewyższeniem 720 m, a duża część marszu po śniegu. Pewno dlatego zajęło mi to znacznie więcej czasu niż określała propozycja trasy. Okazało się, że nie zupełnie tak – trasa przewidziana była na rower górski. Pomysły wycieczek podsuwał mi mój austriacki cicerone – Bianka grzebiąc w internetowej stronie www.outdooractive.com/en/.
Bianka to w ¼ Polka bo jej dziadek przyjechał kiedyś do Austrii nie w celach turystycznych i nie z własnej woli. Do Polski już nie wrócił. Języka polskiego wnuczki nie nauczył ale później sama poszła na studia w tym kierunku. Staramy się żeby ta sympatyczna dziewczyna niedługo była w połowie Polką.
W końcu lutego przywieziono mi rower i od marca mogłem rozpocząć spóźniony sezon cyklisty. Punkt startowy bardzo dobry bo dom, w którym mam mieszkanie oddalony jest o 200 m od ścieżki rowerowej biegnącej nad lewym brzegiem Dunaju.
Zacząłem od płaskich terenów naddunajskich i przypomnienia sobie Donauradweg i innych dróg, po których jeździłem w 2013 r. W następnych tygodniach zaliczyłem kilka tras stukilometrowych i już całkiem przyzwoite przejazdy:
– w dół Dunaju Linz – Ybbs – Linz 170 km
– w górę Linz – Passau – Linz 190 km
Zwykle, dla urozmaicenia, powrót robię po drugiej stronie Dunaju.

Jak to często bywa, pierwotne plany ulegają zmianom. Padła propozycja przedłużenia pobytu na kwiecień, a potem na maj. Nie śmiałem odmówić i po krótkim, świątecznym pobycie w domu, znów znalazłem się nad Dunajem.
Teraz kilka luźnych spostrzeżeń niepalącego rowerzysty. Nie wszystkie muszą być prawdziwe w 100 procentach:
- setki rowerów stojących na chodnikach również w śniegu i deszczu – to ich stałe miejsce parkowania.
- sporo osób dojeżdża do pracy ( i nie tylko ) na rowerach poruszając się po jezdniach, chodnikach, przejściach dla pieszych, a nawet pod prąd ulicami jednokierunkowymi. Tolerancyjnie podchodzą do tego i kierowcy i policja.
- w stosunku do kierowców brak tolerancji dla przekraczania prędkości i złego parkowania. Łatwo tu zaoszczędzić 50 lub więcej euro nie przekraczając prędkości o 15 km/h lub nie parkując w niedozwolonym miejscu. I wcale nie musi „przestępcy” wypatrzyć policja. Pewne zachowania tubylców, które u nas są na pograniczu nadgorliwości i donosicielstwa, tu są uznawane za obywatelski obowiązek.
- wszechobecny tu drobny grys sypany namiętnie zimą w celach antypoślizgowych mocno obraża uczucia delikatnej opony roweru szosowego. Na szczęście, w kwietniu, zaczął powoli znikać ze ścieżek rowerowych i chodników.
- bardzo dużo niedopałków papierosów wszędzie na ulicach, a opakowania po papierosach też nie są rzadkością. W większości restauracji można palić. W niedziele wszystkie sklepy zamknięte ale z myślą o palaczach są dziesiątki automatów z papierosami. Tu niedogodność dla nietutejszych – przy kupowaniu w automacie trzeba potwierdzić pełnoletniość austriackim dokumentem.
- na rekreacyjnych terenach naddunajskich w Linzu trafiłem na chłopców grających w rowerowe polo.
To tyle.
Szosowy sezon rowerowy rozkręca się w szybkim tempie, co raz częściej spotyka się nad Dunajem rowerowych turystów z sakwami i całe rodzinki jadące na wycieczkę. Donauradweg nadaje się do tego wspaniale.
Po poprzednim pobycie w Austrii napisałem http://supermaratony.org/rodzinnie-i-ro ... ad-dunajem i jeżeli ktoś będzie planował rowerowy wyjazd z dziećmi to podsuwam taką propozycję.
Pozdrawiam z Linzu.
Krzysztof



K.Miniewicz
Posty: 12
Rejestracja: 29 grudnia 2014, 17:53 - pn

Re: A – jak Österreich

Postautor: K.Miniewicz » 09 maja 2017, 18:38 - wt

W sobotę 6 maja, mimo ładnej pogody, rower został w domu, a ja z kolegą pojechałem samochodem zrobić trasę, która jest marzeniem niejednego kolarza. Nie siedziałem tam na siodełku roweru wiec tylko kilka zdań na ten temat.
Grossglockner Hochalpenstrasse – jedna z najciekawszych wysokogórskich dróg widokowych przebiegająca przez Wysokie Taury. Najwyższy punkt widokowy do którego można dojechać jest na 2571 m npm.

Gdyby startować z rejonu Zell am See to mamy 1800 m w górę i tylko pierwsze 400m to rowerowy spacerek. Od bramek wjazdowych w Ferleiten zaczyna się prawdziwy podjazd. Na całej trasie spotykamy dziesiątki rowerzystów, większość na rowerach szosowych. W sumie chyba ponad setkę kolarzy w tym kilkanaście dziewczyn. Ze względu na trudność trasy i warunki pogodowe panujące na górze pewno część się wycofała. Na dole w słońcu można spokojnie jechać w koszulce z krótkim rękawem, na górze ok. 0° i silny wiatr więc odczuwa się jak -10°. Wjeżdżamy samochodem od strony północnej i śnieg na poboczach drogi zaczyna się na wysokości 1600 m npm, ok. 500 m wyżej jedzie się też cały czas po czystym asfalcie ale śnieg obok drogi często przewyższa samochód o 1 – 2 m.
W najwyższym miejscu spotykamy Czechów dokładających przed zjazdem dodatkowe warstwy ubrania. Wjeżdżali na przełożeniach 34/ 36.

Tu jest punkt najwyższy ale to dopiero część trasy. Warto pokonać jeszcze kolejne setki metrów przewyższeń w dół i w górę żeby dotrzeć nad lodowiec pod Grossglockner. Widoki wspaniałe, a na wariant rowerowy trzeba przeznaczyć cały dzień i to chyba najlepiej w lipcu. No i bez bardzo dobrego przygotowania kondycji i roweru nie ma co się tu wybierać.



W Oberösterreich, gdzie znajduje się Linz, nie ma tak ekstremalnych warunków i nawet niedzielny, spacerowy rowerzysta znajdzie coś dla siebie.
Dla pokazania jak w praktyce jeździ się wzdłuż Dunaju dokładniej przedstawię
trasę Linz – Melk – Linz, którą przejechałem w ostatnią niedzielę kwietnia.

Od rana słonecznie ale tylko 4°. Zakładam długie gacie kolarskie, bluzę z rękawami, zabieram plecaczek z lekkim strojem na zmianę i zapas żywności. Na trasie będzie dużo restauracji ze stojakami na rowery ale chcę zaoszczędzić czas.
0 km – wyruszam o 8:00 jadąc Donauradweg przez puste jeszcze tereny rekreacyjne Linzu na lewym brzegu Dunaju. Po chwili mijam małą grupkę turystów na rowerach z sakwami, potem od czasu do czasu kolarzy szosowych.
16 km – Trasa na 10 km odsuwa się od rzeki i biegnie na przemian: własną ścieżką rowerową, jezdnią, lub chodnikiem pieszo – rowerowym. Lepiej nie kombinować i jechać jak wskazują strzałki bo inaczej łatwo się zgubić. Na końcu Mauthausen ( tak, tego Mauthausen ) wracam nad Dunaj.
31 km – Au! To nie krzyk w chwili upadku tylko pełna nazwa mijanej właśnie miejscowości. Z taką samą nazwą spotkałem się jeszcze trzy razy w różnych rejonach naddunajskich. Mały porcik żeglarski. Trochę spacerowiczów, kilka osób na rolkach.
Trochę dmucha z przodu. Dalej na trasie przeważnie pusto.
43 km – Szlak znów na kilka kilometrów odchodzi od wody omijając tereny zalewowe. Kilka wiosek jest tu otoczonych wałami ziemnymi jak średniowieczne miasta. W razie najazdu wroga – wód Dunaju, bramy się zamyka – w poprzek drogi montowana jest specjalna przegroda.
60 km – Most przed Grein. Przejeżdżam na prawy brzeg. Dalej Dunaj płynie między wzgórzami i nasilający się wiatr jest teraz dokładnie ukierunkowany - wmordewind. Jest dosyć ciepło więc podczas postoju na posiłek przebieram się na letnio. Przemykają miejscowi szosowcy, wloką się obładowani sakwami kolarscy turyści.
83 km – Ybbs. Byłem tu miesiąc wcześniej wiec nie robię postoju. Majowe święto i wszędzie świąteczno – imprezowy nastrój.
110 km – Melk – małe miasteczko z wielkim opactwem Benedyktynów położonym na skalistym wzgórzu. Miasteczko i opactwo nastawione na turystów, których wszędzie tu pełno. Robię rundkę po mieście, wjeżdżam do opactwa, spotykam polską wycieczkę, …… Rower pewno chciał by jechać dalej ale rozsądek nakazuje odtrąbić odwrót – następny most za prawie 40 km i wieje mocno.
115 km – Jestem na moście za Melk. Po moście przejeżdża rowerowa rodzinka, pod mostem przepływa długi wycieczkowiec.
Lewym brzegiem rozpoczynam drogę powrotną.
Gdy zatrzymuję się na posiłek wycieczkowiec przepływa prezentując się w całej okazałości. Barki przez cały rok, a statki wycieczkowe od końca kwietnia , to normalny widok gdy jeździ się nad Dunajem.
Między wodą a skalistymi wzgórzami mieści się i Donauradwg i droga ale przed Grein jest ciaśniej i przez kilka km rowerowy szlak biegnie drogą. Za Grein powtarzam dwudziestokilometrowy odcinek trasy robiony przed południem w przeciwnym kierunku.
Tama koło Wallsee – teraz na prawy brzeg. Przez kilka km brzegiem, a dalej naddunajski szlak prowadzi lokalnymi drogami. Było tu kilkadziesiąt gospodarstw zalewanych podczas powodzi. Zostały przeniesione. Dla pamięci są tabliczki i czasem ławeczka pod drzewem kiedyś rosnącym przy domu.
Przed Enns szlak rowerowy przez mało ciekawe tereny magazynowe w rejonie portu. Słońce zachodzi, robi się zimno, trzeba założyć coś cieplejszego – krótki postój.
Tama za Linzem ( patrząc z biegiem rzeki ) – znów na drugą stronę i jeszcze szybkie 17 km bo zaraz będzie ciemno. Mijam migający kolorowymi światłami wielki lunapark rozstawiony w miejscu gdzie zimą był darmowy parking ( coś wyjątkowego w Linzu ) na setki samochodów, przejeżdżam pod mostem i .....

236 km – Jestem na Rosenstrasse pod domem. 21:05

Awatar użytkownika
czach
Posty: 4
Rejestracja: 24 grudnia 2014, 14:58 - śr

Re: A – jak Österreich

Postautor: czach » 22 maja 2017, 17:06 - pn

Ś jak Świetne!
--
Marcin Trzaska /czach/

K.Miniewicz
Posty: 12
Rejestracja: 29 grudnia 2014, 17:53 - pn

Operacja Klasyk Radkowski

Postautor: K.Miniewicz » 30 maja 2017, 22:01 - wt

Operacja Klasyk Radkowski

Od kilku tygodni planowałem czterodniowy wyjazd z Austrii na Klasyk Radkowski. Nie mam w Linzu samochodu więc uzgodniliśmy, że syn przyjedzie i podrzuci mnie do Radkowa. W ostatnim tygodniu wszystko zaczęło się komplikować i z prostej sprawy zrobiła się cała operacja logistyczna. Na szczęście sytuację udało się opanować i na dwa dni opuściłem Rakousko ( tak ładnie Czesi nazywają Austrię ).
W piątek późnym wieczorem byliśmy na miejscu w Radkowie. Ja przejechałem na rowerze dwie setki w Górach Stołowych, a syn żeby mi to umożliwić, ponad 2000 km samochodem robiąc trasę: Cieszyn – Linz - Radków – Linz – Cieszyn.
Tegoroczny sezon rowerowy rozpocząłem z opóźnieniem, nie miałem okazji pojeździć po znanych mi jurajskich pagórkach więc nie bardzo wiedziałem jak będę czuł się w górach.
Startowałem w ostatniej grupie Giga ale za Radkowem już jechałem sam – normalne. Później zaczynają mnie wyprzedzać szybkie grupy jadące na krótkie dystansy.
Cały czas samotna jazda. Na dziurawych zjazdach kolejny raz przyrzekam sobie, że za rok tu nie przyjadę. Jak widać, mam słabą silną wolę i nie dotrzymuję obietnic.
Drugi podjazd z Kudowy do Karłowa i 115 kilometr. Powoli doganiam Izę, która wystartowała 4 min wcześniej, to już znaczy że nie jest źle. Przez kilkaset metrów rozmawiamy, potem trochę przyspieszam w górę bo w przeciwnym razie odjedzie mi na zjazdach. Od Radkowa znów jedziemy jakiś czas razem. Na trzecim okrążeniu spotykamy się jeszcze kilka razy i za Kudową znów razem na podjeździe.
Jedź swoim tempem - mówi Iza - ja będę spokojnie podjeżdżać. W myślach dodała sobie – i tak wyprzedzę cię na zjazdach.
Na ok. 6 km przed metą wyprzedza mnie Iza i dokłada na tym dystansie prawie 2 min.

Podsumowując:
- miejsce 30 na 48 startujących na Giga
- najlepszy mój czas ze wszystkich KR 9:18:58
- z Izą wygrałem różnicą ponad 2 min i to uważam za największy sukces tego startu.

W niedzielę powrót do Linzu i od poniedziałku znów wieczorne przejażdżki brzegiem Dunaju.
W Czwartek Austriacy mieli święto więc wolny dzień wykorzystałem na rekonesansową trasę w kierunku najbliższego pasma alpejskiego – okazało się, że to 60 km od Linzu. W sobotę już prawdziwa trasa turystyczna przez Wels i dalej drogą 138 przez Kirchdorf do Hinterstoder w Totes Gebirge – 216 km wycieczki w pełnym słońcu. Jak na Alpy to góry niskie – najwyższy szczyt Grosser Priel 2515 m npm jeszcze z resztkami śniegu.
W niedzielę bardziej na luzie czyli wzdłuż Dunaju Linz - Passau – Linz to 201 km. Ten odcinek Donauradweg opiszę dokładniej, przy okazji dodając coś o austriackich piwach.

K.Miniewicz
Posty: 12
Rejestracja: 29 grudnia 2014, 17:53 - pn

Donauradweg

Postautor: K.Miniewicz » 17 lipca 2017, 17:04 - pn

Donauradweg ( Tekst zawiera akcenty piwne ale nie zawiera lokowania produktu )

Pięciomiesięczny pobyt w Austrii zakończyłem w czerwcu ale podsumowanie tematu z opóźnieniem:
Rowerowo to 3700 km, a w tym dokładnie objeżdżone trasy naddunajskie od Pasawy do Melk, pagórkowate rejony Górnej Austrii i wcześniej opisany wyjazd w najbliższe Alpy.
Samochodowo w dalsze rejony alpejskie:
- Tyrol, daleko za Innsbruckiem
- Karyntia, najwyższa zapora w Austrii i Malta-Hochalmstraße
- Grossglockner Hochalpenstrasse
Z tych rejonów alpejskich najbardziej warto na rowerze zaliczyć Grossglockner.


Dla uzupełnienia tras nad wodami Dunaju Linz - Passau - Linz.

0 km - Ostro przypieczony przez słońce w sobotę, cały niedzielny ranek zastanawiałem się co może robić rowerzysta przy pięknej pogodzie. Z długich przemyśleń wyszło mi, że trzeba wsiąść na rower. Była już 10:30 gdy przejechałem po moście na prawy brzeg i ruszyłem w górę rzeki naddunajskim szlakiem. Prawie cały czas płasko, poniżej 0,5% - czyli jak piwo Zipfer Hell alkoholfrei.
27 km - Aschach.
Dalej jest najbardziej pozakręcany odcinek Donauradweg, który widziałem już wiele razy więc odsuwam się od Dunaju dla skrócenia drogi i jednocześnie dodania jednego podjazdu. W Hartkirchen skręcam w drogę nr 130, która idzie nieco w górę i przez 2 km 2,9% jak Eggenberg Medium . Następne 5 km to już 4,5% ( Edelweiss Hofbrau ), a miejscami 5,0% ( Steffl Marzen ), a może nawet 5,3% ( Edelweiss Dunkel ). Gdy jechałem tą trasą wczesną wiosną, myślałem, ze ten podjazd to OKOCIM MOCNY. Piękny zjazd i znów jestem nad Dunajem.
42 km - Schlögen. Miejsce bardzo urokliwe, w którym Dunaj skręca o 180°. Wracam na szlak, który to wznosi się 10 - 20 m nad poziom rzeki to opada czyli krótkie podjazdy jak 3% Zipfer Drei albo 4,8% Erdinger Schnewisse Kilka km dalej po moście na lewy brzeg. Trasa rowerowa cały czas wzdłuż wody więc płasko ( Egger Zisch <0,5% ), a zmieniające się widoki nie pozwalają się nudzić. Następne kilometry i pokazuje się tama w Jochenstein. Żadnej tabliczki nie widziałem ale jestem już w Niemczech - większość zaparkowanych samochodów ma literkę “D”. Po kolejnym zakręcie Dunaju widać trzy wieże z cebulastymi kopułami górujące nad starym miastem Pasawy, które wygląda jakby było na wyspie.
83 km - Passau. Miasto leży nad trzema rzekami, które za miastem tworzą już jedno koryto jako Dunaj ale dalej wyraźnie widać różne kolory wody: zielono-żółte z Innu, granatowo-niebieskie Dunaju i jeszcze ciemniejsze z najwęższego Ilzu.


Jadę zobaczyć kemping, na którym nocowałem wracając kiedyś na rowerze z Francji. Jest - właściwie to maleńkie pole namiotowe nad samym Ilzem.
Byłem tu kilka razy więc robię tylko małą rundkę po wąskich uliczkach starego miasta i wzdłuż nabrzeża, przy którym cumują długie wycieczkowce jadę szlakiem rowerowym w górę Dunaju. Niektóre odcinki Donauradweg z nawierzchnia szutrową. Kolejna tama na rzece, jakieś małe miasteczko. Wystarczy, wracam.

112 km - Po moście na rzece Inn przejeżdżam na prawy brzeg Dunaju i po kilku kilometrach niemieckiego odcinka jestem znów w Austrii i wracam do austriackich piw. Okolice rzeki pagórkowate, to i trasa rowerowa lekko faluje. Bywają niedługie odcinki jak Eggenberg Premium ( 4,0 % ), a czasem może ze 300 m Puntigamer - 5,1 %. Dzięki temu można popatrzyć z góry na Dunaj.
151 km - znowu Schlögen. Dalej cały czas wzdłuż wody najbardziej kręty odcinek. Mijam leżące na przeciwym brzegu Obermühl, Untermühl, tama i po chwili kończą się naddunajskie wzniesienia.
176 km - Aschach i most. Po wyjatkowo płaskim ( czyli Clausthaler Classic < 0,49% ), jak na Austrię terenie, przez pola i wioski do Ottensheim. Dalej Donauradweg przebiega wzdłuż drogi 127 do Linzu.
201 km - Pod domem w Linzu.


Wróć do „Relacje”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron